środa, 24 sierpnia 2016


Z Breslau do kibucu. Podróż pisarza miejskiego (III) 

„Drogi Panie Marko... Najlepiej niech Pan w Tel Avivie wsiądzie w autobus o godzinie 10:15 z dworca Arlosoroff, wtedy dotrze Pan o 12:40 do naszego pięknego, położonego na wzgórzu Kiryat Tivon. Ja po Pana wyjdę, a mój mąż tymczasem przygotuje obiad. Już się cieszymy na spotkanie. Serdecznie pozdrawiam, Tamar.“

Tak to właśnie jest w Izraelu: Dzięki pośrednictwu pani historyk Kathariny Friedli wystarczyło napisać mail do wnuczki kronikarza Breslau, Willy’ego Cohna, potem otrzymać od tejże dr Tamar Cohn-Gazit pełną empatii odpowiedź i już wkrótce potem wygodnym autobusem w dwie godziny przemierzyć z południa na północ połowę tego maleńkiego kraju. Intelektualistyczna serdeczność i spontaniczna gościnność, jakiej – gwoli szczerości trzeba przynajmniej raz o tym wspomnieć – prawie nie zaznałem przez dotychczasowe cztery miesiące we Wrocławiu, a która w zadzierającym nosa, żyjącym z terminarzem w ręku Berlinie zdarza się prawie wyłącznie wśród znajomych. Teraz jednak jestem tutaj, na dworcu autobusowym, promienie słońca roztapiają asfalt, a w cieniu pod murkiem stoi żydowski Afroamerykanin i przy akompaniamencie swojej sound-machine śpiewa piosenki Raya Charlesa tak, że – autobus trąbi, ale czeka, bo ja staję jak wryty, pełen podziwu, ramię w ramię z jakimś żołnierzem, który przy okazji dopytuje się o cel mojej podróży. "Kiryat Tivon? Prawdziwa sielanka! Wiedziałeś, że Sara Bibiego chodziła tam do szkoły, a ludzie w miasteczku jeszcze do dziś nabijają się z aroganckiej, naiwnej dziewczyny? Anyway, muszę już iść…” Gwoli wyjaśnienia: Mowa o Sarze Netanjahu, żonie obecnego premiera Binjamina „Bibi” Netanjahu.



Podczas podróży autobusem czytam Żadnego prawa - nigdzie. Dziennik z Breslau 1933-1941 Willy’ego Cohna. Skrupulatna intensywność jego kronik w niczym nie ustępuje zapiskom Victora Klemperera. Willy Cohn był bowiem również tutaj, w Palestynie, wówczas jeszcze będącej brytyjskim terytorium mandatowym. Wiosną 1937 roku sprawdzał możliwości osiedlenia się tu wraz z rodziną. Jego syn (późniejszy ojciec pani historyk, którą dziś właśnie zamierzam odwiedzić) wyemigrował na własną rękę już w 1935 roku. Willy Cohn odwiedził go w kibucu Giwath Brenner. Ponadto odbył krótkie wycieczki do Hajfy, Tyberiady i Jerozolimy (gdzie widział flagi ze swastyką powiewające przed Konsulatem Generalnym Niemiec). Był też w Tel Avivie, na Allenby Street, ówczesnej reprezentacyjnej ulicy tego śródziemnomorskiego miasta, które w 1909 roku powstało na piaskach wydm. Mimo że Willy Cohn, nauczyciel usunięty ze szkoły już w 1933 roku, bogobojny socjaldemokrata i liberalny intelektualista uznał, że jego wrocławskie wykształcenie humanistyczne nie daje mu w tym kraju perspektyw wyżywienia rodziny, to jednak widok słońca i plaży, kontakt z ludźmi o wielkim sercu i bezpretensjonalnej godności, którzy wzięli los w swoje ręce, sprawia, że ze stronic dziennika przemawia uczucie wyzwolenia, wręcz szczęścia. „Wszędzie tu budują, praca wre. W kibucu mój syn Ernst pokazuje mi niedawno postały ogród i szkółki leśne. Wieczorem działa wypożyczalnia i wielu kibucników korzysta z już dość bogatych zbiorów biblioteki. Jakże przyjemnie było by tu zostać!” Ależ, na miłość boską, drogi panie Cohn, chciało by się zawołać ku niemu poprzez dzielące nas dekady, niechże pan tu zostanie, jakaś praca zawsze się znajdzie, bo w pańskim ukochanym rodzinnym Breslau już powstają plany zamordowania pana i ludzi panu bliskich!



„Ach, co tam mówić, on był po prostu Jeke, niemieckim Żydem, mocno związanym z tak bardzo przez niego szanowanym państwem niemieckim. Nie potrafił sobie wyobrazić życia poza Breslau, mimo że od 1933 roku był coraz bardziej spychany na margines społeczny.” Rozmowa przy obiedzie w gościnnym bungalow w Kiryat Tivon. Na wzgórzu owiewanym lekką bryzą faktycznie panuje taka sielanka, o jakiej mówił mi żołnierz zachwycający się piosenką Raya Charlesa. Harmonijna, zielona północ Izraela!

„Mój dziadek na widok tych wzgórz wokół prawdopodobnie natychmiast pomyślałby o Ślęży”, mówi urodzona tutaj w 1947 roku Tamar Cohn-Gazit z pełnym sympatii, lekkim uśmiechem, spoza którego przemawia też empatia i ból: Willy Cohn nie dożył bowiem końca swoich dni tutaj, w Izraelu, tylko wraz z pozostałymi w Breslau członkami rodziny 25 listopada 1941 roku został deportowany do litewskiego Kowna i cztery dni później rozstrzelany. „To był prawdziwy popis strzelecki” triumfalnie napisał potem w protokole odpowiedzialny za tę masakrę standartenführer dr Jäger (nomen omen: niem. Jäger – myśliwy, łowca – przyp. tłum.). Jednego dnia, 29 listopada 1941 roku karabiny maszynowe niemieckich i litewskich esesmanów dosłownie „skosiły” 1155 kobiet, 693 mężczyzn i 152 dzieci.


Wnuczka opowiada mi o swoim dziadku po angielsku. Mąż Tamar, Amnom, również emerytowany erudyta i autor wybornego śródziemnomorskiego obiadu, komentuje to po niemiecku tak: „Oczywiście moja ukochana żona do dziś jest jeszcze na tyle niemiecka, by być perfekcjonistką i w obawie przed ewentualnymi błędami gramatycznymi unikać mówienia językiem, którego nauczyła się od swojego ojca Ernsta. Ale wszystko dobrze rozumie i dlatego też cieszy się, że od 2008 roku niemieccy czytelnicy mogą poznawać wrocławskie dzienniki jej dziadka w świetnie opracowanym wydaniu pod redakcją niemieckiego historyka Norberta Conrada, urodzonego w 1938 roku także w Breslau.”

 
Dzieje tych ocalałych dzienników to prawdziwa odyseja. Willy Cohn już w 1939 roku, od początku wojny, gdy plany wyjazdu ostatecznie legły w gruzach, liczył się z najgorszym, zdawał sobie sprawę z tego, że on i jego rodzina znaleźli się w śmiertelnym potrzasku – i dzięki pomocy odważnego, nieżydowskiego przyjaciela zatroszczył się o to, by zagładę przetrwały przynajmniej dzienniki. Zanim jednak kopie manuskryptu trafiły w końcu do rąk Ernsta Cohna, czekało je całe pasmo przypadków, wręcz niewiarygodnych zrządzeń losu i spotkań. „Już wkrótce po przyjeździe w 1935 roku mój ojciec, początkowo nieśmiały chłopiec w okularach stał się prawdziwym, dzielnym kibucnikiem. Gimnazjalista z Breslau okazał się świetnym samoukiem, który sam nauczył się nawet prowadzić traktor. A potem przez wiele długich lat, po ciężkim dniu pracy, pieczołowicie, słowo po słowie, przekładał dzienniki swojego ojca z niemieckiego na hebrajskiSyn Willy’ego Cohna – wraz z siostrą Ruth i bratem Wolfgangiem, któremu udało się jeszcze zawczasu uciec do Francji – jako jeden z nielicznych ocalałych członków rodziny musiał być na pewno niezwykłym człowiekiem. Dziś cała trójka rodzeństwa Cohn, które bez wyjątku doczekało późnej starości, już nie żyje, a Tamar Cohn-Gazit sama jest od dawna babcią i za godzinę spodziewa się wizyty wnucząt. „Akurat wystarczy nam czasu na film…” Po posiłku wspólnie sprzątamy więc stół – kibucowy etos jest bardzo zaraźliwy także w dobie silniejszego indywidualizmu. Na stoliku przed telewizorem pojawia się owocowy deser i włączony zostaje magnetowid. Oglądamy film dokumentalny niemieckiej dziennikarki Petry Lidschreiber z 2008 roku: Wtedy trójka ocalałych dzieci historyka jeszcze żyje, odwiedza współczesny Wrocław, chodzi śladami ojca po Rynku, tam zatrzymuje się przed kamienicą nr 49, należącą niegdyś rodziny. Albo przechadza się tutaj w Izraelu, po tak pieczołowicie stworzonym przez Ernsta Cohna ogrodzie. Czy ojciec wtedy nie mógłby jednak… No cóż, za późno. 

A jednak: Przetrwały jego dzienniki. A jednak: Jägerowie – myśliwi III Rzeszy nie zdołali definitywnie wytrzebić nazwiska Cohn. A jednak: Wśród bujnych kwiatów w ogrodzie rozlega się nagle donośny rejwach, głosy dzieci. „Marko, oto oni…” I do domu wpadają prawnuki Willy’ego Cohna, prawdziwe żywe sreberka, mali Izraelczycy.

„To ostatecznie także dla nich uporządkowałam pracę mojego ojca i wydałam tomik z dziennikami Willy’ego Cohna po hebrajsku. Publikacja spotkała się z dużym zainteresowaniem. I to dobrze, bo opisy pełzającej dyskryminacji, wykluczenia i manipulacji zawarte w zapiskach dziadka są przecież tak wymowne i mają tak uniwersalne znaczenie, że pytania odnośnie obecnej sytuacji na świecie niemal same cisną się na usta.”

À propos – ujmuję rzecz cynicznie – dzisiejsi Niemcy o spokojnym sumieniu, oczyszczeni potomkowie Jägerów, tak chętnie (i z psychologicznego punktu widzenia o wiele jednoznaczniej, niżby im się to wydawało) sięgający po frazes „No kiedyś jeszcze będzie chyba wolno krytykować również Izrael...”


Tamar Cohn-Gazit wybucha śmiechem, a jej mąż wzdycha. „Bez obaw, na szczęście my, Izraelczycy, sami też mamy dość krytyczne podejście. Zamiatanie problemów pod dywan nie leży w żydowskiej tradycji. Wręcz przeciwnie…” A jednak, przy całej krytyce pod adresem obecnego rządu: dobrze się żyje tu w Kiryat Tivon, na północy Izraela, niedaleko Hajfy, gdzie Tamar przez długie lata pracowała jako wykładowca. Wzgórza naprzeciwko zamieszkują Druzowie i Arabowie – obywatele izraelscy, których przedstawicielstwa zasiadają też w parlamencie. Napięcie, które panuje w okupowanych strefach, jest tutaj, w sercu Izraela niewyczuwalne. Ludzie znają się i wzajemnie szanują, a w dawnych kibucach, dziś przeważnie sprywatyzowanych, Żydzi i Arabowie pracują zgodnie ramię w ramię. Nawet jeżeli nieuniknione pozostałości dystansu nadal się utrzymują.

„Może to trochę tak jak z tą tablicą na kamienicy w Rynku 49…” mówi Tamar Gazit-Cohn i nie rozwija tej myśli. Zresztą nie musi, bo sprawa jest oczywista: Tablica pamiątkowa poświęcona jej dziadkowi napisana jest po polsku i po angielsku – w dwóch językach, w których niemiecko-żydowski nauczyciel i historyk, uczestnik walk na frontach I wojny światowej i członek SPD nigdy się nie wypowiadał. Wspominanie kronikarza miasta bez uwidocznienia jego ojczystego języka jest, rzecz jasna, absurdalne. Z drugiej strony jednak: Komuż przysługiwałoby ewentualne prawo do krytykowania tego? Na pewno nie oczyszczonym potomkom tych wszystkich niezliczonych Jägerów, którzy teraz uprawiają przyjazną, sentymentalną turystykę, odkrywając „niemieckie ślady we Wrocławiu”. Tymczasem dawni breslauczycy w Izraelu już i tak są szczęśliwi, że w dzisiejszym Wrocławiu ich dzieje otacza się tak pieczołowitą pamięcią. Są bowiem rzeczy ważniejsze niż języki na tablicach pamiątkowych – jak na przykład krzepiący fakt, że dzienniki Willy’ego Cohna zostały wydane również po polsku. (Polskie tłumaczenie ukazało się w 2010 roku nakładem wrocławskiego wydawnictwa Via Nova. – Przyp. tłum.).

„A wie pan, dlaczego mój ojciec Ernst nadał mi imię Tamar?“, pyta mnie, zupełnie mimochodem, wnuczka Wille’go Cohna przy pożegnaniu. „Na pamiątkę jego młodszej siostry Tamar Cohn, jednej z tych 152 dzieci, które zamordowano podczas tamtego ‘popisu strzeleckiego’ 29 listopada 1941 roku. Miała wtedy trzy lata. Tymczasem ja jestem już teraz 66 lat starsza od mojej cioci pogrzebanej w grobach masowych na Litwie…”

Izrael – wciąż jeszcze miejsce tych, co ocaleli, i miejsce ocalonej świadomości o kruchości naszego bytu. I ci ludzie, którzy nam o tym przypominają – tak wielkoduszni i dobrzy, że prawie chciało by się płakać z radości, że istnieją. Warto było się wybrać z Wrocławia do Erec Izrael!


Teilen

sobota, 20 sierpnia 2016


Z Breslau do Petach Tikva. Podróż pisarza miejskiego (II)

„We can speak german, because the young man here comes from Breslau. from Wrocław!”

Beseder, yoffi..”

„Ależ drogi pani Holzer, proszę mówić po niemiecku! Jak już mówiłem przez telefon, ten młody człowiek, pisarz-stypendysta rezydujący w polskim Wrocławiu, przyjechał tu specjalnie po to, by się spotkać z nami, staruszkami z Breslau. Czyż to nie miłe?“

„Ależ oczywiście, mój drogi, zacny panie Sklarz! A pana, panie pisarzu, witam serdecznie. Niech pan usiądzie tutaj, obok mnie, bo przy tych moich 93 wiosnach bywa, że nogi odmawiają mi już posłuszeństwa. Tymczasem Victor, mój wspaniały opiekun z dalekich Filipin, na pewno przyniesie panu trochę zimnej wody – to istna ambrozja przy tych sierpniowych upałach, które dokuczają nawet wieczorem, mimo że ściany tego mieszkania na parterze zapewniają trochę ochłody, podobnie jak te na piętrze, gdzie mieszka rodzina mojej córki. Victor, bawakascha, would you please be so kind to bring some table water for our guest. Beseder?“

Nie, ta wymiana uprzejmości nie jest bynajmniej na pokaz. Prowadzi ją dwóch szarmanckich jegomościów: urodzony w 1923 roku w Lipsku Gabriel Holzer, który wychowywał się w Breslau, oraz nieco odeń młodszy Benjamin Sklarz, urodzony w Breslau w 1935 roku. Są równie mili i bezpretensjonalni jak czarująca, wrażliwa żona dra Sklarza, która parę godzin wcześniej perfekcyjną oksfordzką angielszczyzną wypytywała mnie o moje herbaciane upodobania i debatowała ze swoim mężem, jakie owoce najlepiej pasują do popołudniowego ciastka.

Niech się pan nie dziwi! Gdy z moją rodziną z Breslau dotarłem przez Cuxhaven do Anglii, moja przyszła małżonka mieszkała już tam z rodzicami kilka lat, oni również byli żydowskimi uchodźcami. I właśnie dlatego obydwoje rozmawiamy ze sobą przeważnie po angielsku, to taki nawyk, który zachowaliśmy także po przeprowadzce do Izraela. Zwyczaj ten dotyczy jednak tylko nas obojga, nie przenieśliśmy go na komunikację z dziećmi czy wnukami.

Pielęgnowali bowiem również niemiecki i to na imponująco wysokim poziomie. Czy stał się przez to językiem sztucznym, wyizolowanym? Wręcz przeciwnie: jest pełen niuansów świadczących o wyczuciu stylu i etyce. Liczne zdania poboczne, dygresje i wtręty w wypowiedziach Benjamina Sklarza (a parę godzin później jeszcze wyraźniejsze we wspomnieniach Gabriela Holzera), nie są bynajmniej wodolejstwem, tylko przemyślanymi refleksjami, uściśleniami i katalizatorami, niemalże odruchowymi, rytmicznymi przystankami w wartkim potoku słów.
A przy tym wszystkimi doktor nauk chemicznych, który mimo swoich 81 lat swą wysoką posturą wciąż jeszcze sprawia niemal dryblasowato-młodzieńcze wrażenie, nie ma w sobie nic z pedanta. Stanowi raczej kwintesencję przyzwoitości – czyli spuścizny, którą jego rodzinne Breslau na długi czas utraciło – już na trzy lata przed jego narodzinami. Dlatego Benjamin Sklarz woli nie mówić zbyt wiele o sobie, tylko na przykład o „Związku Byłych Mieszkańców Breslau w Izraelu”. Przynosi z gabinetu całą stertę 28-stronicowych biuletynów („Mitteilungen”), które ukazywały się do 2011 roku i opowiadały o wierności Żydów miastu Breslau, w którym przyszli na świat, o odwiedzinach w polskim Wrocławiu, o działalności w nowej ojczyźnie – Izraelu. „Powoli jednak się wykruszamy. Co więc mielibyśmy tu zamieszczać? Nekrologi?”



Benjamin Sklarz, rygorystyczny zwolennik noszenia jarmułki, w świeckich sferach życia liberał wyróżniający się suchym brytyjskim poczuciem humoru. A do tego jeszcze niezwykle precyzyjny: Żebym przypadkiem nie zapomniał wspomnieć na blogu, komu zawdzięczam nawiązanie kontaktu z nim i to nasze spotkanie w mieście Petach Tikva niedaleko Tel Avivu: Skontaktowała nas mianowicie pani dr Katharina Friedla, autorka książki Juden in Breslau/Wrocław 1933 bis 1949 (Żydzi w Breslau/we Wrocławiu 1933-1949) i naukowa konsultantka w pracach nad filmem Jesteśmy Żydami z Breslau. Ocalała młodzież i jej losy po roku 1933, którego przedpremierowe pokazy odbędą się jesienią we Wrocławiu (6.11. w Kinie Nowe Horyzonty) oraz w Berlinie (13.11. w Zeughauskino w Niemieckim Muzeum Historycznym). Na polskiej prapremierze obecny będzie także Benjamin Sklarz.

„I koniecznie proszę, niech pan też napisze, komu zawdzięczamy to wspaniałe osiągnięcie, że wszystkie wydaniach naszych biuletynów ‘Mittleilungen’ są teraz w całości dostępne online dla czytelników na całym świecie – dzięki temu dzieje Żydów z Breslau żyjących w Izraelu nie pójdą w niepamięć. Zamieścili je tam Maximilian Eiden z Muzeum Śląskiego w Görlitz oraz historyk Ingo Loose. Gdy tylko będzie pan z powrotem w Tel Avivie, wyślę panu mailem link, który może zechciałby pan opublikować na swoim blogu.”

(Co niniejszym czynię:  http://sammlungen.ub.uni-frankfurt.de/cm/periodical/titleinfo/7411685 )

Zechciałbym opublikować! Benjamin Sklarz widzi mój uśmiech – i wybucha śmiechem. A jednak mimo to kwestia podawania tych nazwisk to nie dziwactwo ani rutynowa kurtuazja. Mijamy obramowane rodzinne zdjęcia z dawnego Breslau i wchodzimy do gabinetu, gdzie na komputerze (zaprogramowanym przez obeznanego z cyfrowym światem syna) Benjamin Sklarz pokazuje mi listę swojej korespondencji: tabele, aktualne listy adresowe tych, którzy niegdyś mieli to niepomierne szczęście nietrafienia na listy deportacyjne sporządzane przez ich niemieckich rodaków. Byli mieszkańcy Breslau, rozrzuceni po całym świecie – dodana przy niektórych nazwiskach notka o śmieci jest tu czymś normalnym, uzasadnionym podeszłym wiekiem, nie zaś systematyką „przeprowadzaną” przez niemieckie grupy operacyjne bądź też inne podmioty, jakkolwiek by się nie zwały państwowe bandy masowej eksterminacji.

„Zna pan dzienniki Willy’ego Cohna, prawda? Zapiski z Breslau aż do deportacji w listopadzie 1941 roku? Wie pan, że jego wnuczka też mieszka w Izraelu i redagowała hebrajski przekład? Ach, pani dr Friedla dała panu również ten adres i już jutro przed południem pojedzie pan autobusem do Kiryat Tivon? To dobrze, dobrze… W jednym z wpisów w dzienniku Cohna z lata 1939 roku mowa jest także o moim ojcu, który uczył w żydowskim gimnazjum przy Rehdigerplatz 3, dzisiejszym Placu Pereca. Uczony-poliglota, którego dalekowzroczności zawdzięczamy wyjazd z Breslau tuż przed „zamknięciem szlabanów”, przed wybuchem wojny 1 września. Na cmentarzu, obok którego przejeżdża się dziś w drodze na wrocławskie lotnisko, spoczywają nota bene moi dziadkowie. Można poniekąd powiedzieć, że zmarli odpowiednio wcześnie, by nie musieć ani uciekać, ani zostać rozstrzelanymi bądź zagazowanymi.”

Benjamin Sklarz nie jest jednak bynajmniej człowiekiem zgorzkniałym. Po krótkiej rozmowie z małżonką sięga po słuchawkę, dodzwania się do niejakiego Victora, rozmawia z nim po angielsku i zaraz potem mówi: „Jakże mi miło, panie Holzer!”

W samochodzie, podczas gdy mijamy parę przecznic w Petrach Tikva, spowitym teraz wieczornym mrokiem, Benjamin Sklarz nuci dziecięce piosenki i świetnie się przy tym bawi… „Musi pan wiedzieć, że mój ojciec pomimo albo może z powodu swojej erudycji uwielbiał spuneryzmy. W Anglii doszły do tego jeszcze limeryki…”

I tak oto we wczesnych godzinach wieczornych docieramy do mieszkania 93-letniego Gabriela Holzera, który po owym krótkim językowym zamieszaniu z hebrajskiego przez angielski przestawia się na ojczysty język niemiecki i opowiada mi o swoim dzieciństwie i uczniowskim życiu w Breslau. I oczywiście o powszechnie lubianym nauczycielu Willym Cohnie, któremu od 1933 roku wolno było uczyć tylko najmłodszych, aż do chwili, gdy otrzymał całkowity zakaz nauczania. „Musi pan wiedzieć, mój młody przyjacielu, że pan Cohn należał do tych nielicznych nauczycieli, którzy pozostają w pamięci uczniów na zawsze – ze względu na swoje człowieczeństwo i zdolność do empatii, niestroniącej też czasem od ostrej ironii. Mój nauczyciel mawiał na przykład, że niekiedy nie staje mi powagi. (Niekiedy nie staje mi powagi – och, ta piękna, dystyngowana niemczyzna! Pewnego wieczoru w Petach Tikva, w państwie Izrael.)


„Miałem 18 lat, gdy przez Triest dotarłem do Hajfy i znalazłem pracę w administracji celnej, która wówczas, przed założeniem państwa w 1948 roku, znajdowała się oczywiście pod zwierzchnictwem brytyjskim. Od tamtej pory wiem, jak można w książkach przemycać płaskie złote zegarki albo banknoty – oczywiście przy założeniu, że potrafi się odpowiednio pomajstrować przy okładkach. Ale to była domena innych, ja się tym nie parałem.”

Pan Holzer pozostał w służbie celnej, założył rodzinę, doczekał się w międzyczasie wnuków, a nawet prawnucząt. Wraz ze swym przyjacielem Benjaminem Sklarzem w 2009 roku jeszcze raz odwiedził Wrocław i przemierzał stare zaułki.

„Byliśmy też na Yorckstraße, dzisiejszej ulicy Jemiołowej. Wie pan, gdzie to? Jedno ze wspomnień mojego dzieciństwa i młodości: piękny stary dom porośnięty bluszczem. A pomiędzy listowiem flagi ze swastyką. Jedno i drugie utkwiło w mej pamięci nierozerwalnie splecione: sielankowy bluszcz i flagi morderców.”

Szukali jednak przede wszystkim domu, w którym urodził się Emil Ludwig – pisarz ten był wszak w latach dwudziestych i trzydziestych równie popularny jak Stefan Zweig. „Ale on przecież też został wypędzony i dziś mało kto o nim nie pamięta”, mówi pan Holzer i drżącymi, starczymi dłońmi poprawia jarmułkę na głowie, tymczasem dr Sklarz dyskretnym zerknięciem na zegarek daje mi do zrozumienia, że powoli powinniśmy się zbierać, żeby zanadto nie nadwyrężyć resztek sił starszego pana.

Wtedy nagle rozlega się śmiech, nieoczekiwanie gromki. „Mój drogi, wielce szacowny panie doktorze Sklarz, ja dobrze widzę, że pan spogląda na zegarek. Zanim jednak nasz gość, którego wizyta bardzo mnie cieszy, odjedzie autobusem nr 82 do Tel Avivu, niechże dane mu będzie rzucić okiem na moją obecną, wieczorną lekturę. Bo wiek, słabowitość i dolegliwości swoją drogą, a człowiek musi przecież dbać o sprawny umysł, żeby duch był przynajmniej trochę silniejszy od ciała.”

A co czytuje wieczorami Gabriel Holzer, urodzony w 1923 roku w Breslau? Obszerną biografię Goethego autorstwa Emila Ludwiga – niegdyś prawie-biblię wykształconego Niemca. „Czasami opowiadam Victorowi o naszym Goethem, a on rewanżuje się bajkami ze swojej filipińskiej ojczyzny, których konkluzje dają niekiedy wiele do myślenia.” Beseder, Victor?”

Beseder, odpowiada po hebrajsku uprzejmy Filipińczyk i proponuje zrobienie paru pamiątkowych zdjęć. „To keep the good memories…”


Potem żegnamy się, unikając przygnębiających uwag w stylu „może to już po raz ostatni“, bo przecież i tak nagle wszyscy najbardziej przejmują się tym, żebym nie spóźnił się na autobus powrotny do Tel Avivu. W drodze na przystanek autobusowy dr Sklarz znowu nuci niemieckie piosenki ludowe. „Wszystkie ptaszki przyleciały, wszystkie ptaszki, tralalala… Pamięta pan to?”

Ależ oczywiście. Tyle że nie słyszałem tego od czasów dzieciństwa. Niezapomniane popołudnie i wieczór w izraelskim Petach Tikva na wschodnim krańcu Morza Śródziemnego.


Teilen

środa, 17 sierpnia 2016

Z Breslau do Jerozolimy. Podróż pisarza miejskiego (I)

„Był lipiec 1938 roku, gdy z balkonu oglądałem przyszłych morderców mojego narodu, tam na dole, na tym ogromnym placu, gdzie dzisiaj – jak mi pan mówi – stoi piękny, nowy gmach Forum Muzyki. No cóż, wtedy grano tam zupełnie inne melodie. Pamiętam dziarskie marsze, przemówienie Hitlera przyjęte entuzjastyczną wrzawą tłumów, a potem szczegółowo zaplanowaną przez Goebbelsa paradę Niemców Sudeckich, która miała przygotować nastroje przed wkroczeniem do Czechosłowacji… Temu spektaklowi – tak kluczowemu dla Hitlera, Göringa i Goebbelsa – Norman Davis poświęcił kilka stron w swojej wspaniałej monografii o dziejach Wrocławia, napisałem potem do niego list. Byłem tam przecież wtedy, aczkolwiek nie jako jeden z tych wiwatujących, tylko jako lękliwy sześcioletni chłopiec o imieniu Manfred, któremu niania pokazała ten donośnie skandujący tłum. Już wtedy przeczuwałem, że to zwiastun czegoś złego.”

Profesor Mordechai Rotenberg, rocznik 1932, w białej koszuli i spodniach na szelkach siedzi w swoim jerozolimskim mieszkaniu i podsuwa mi jedną ze swych licznych książek. The Trance of Terror – studium psycho-religijnego fundamentalizmu. Żywa teraźniejszość: terror w imię religii. To właśnie między innymi dlatego prowadzone są drobiazgowe kontrole na dworcu autobusowym w Tel Avivie, skąd co 20 minut odjeżdżają autobusy do Jerozolimy, a potem ponowne kontrole przy wyjściu z jerozolimskiego dworca. Wszystko to jednak przebiega sprawnie i spokojnie, a młodzi żołnierze i żołnierki w autobusie sprawiają wrażenie cywili, wracają wprawdzie do bazy, mają mundury, wysokie wojskowe buty i pistolety uzi, ale zajęci są głównie smartfonami i niekończącą się frajdą, jaką sprawia im flirtowanie.


Ileż to ludzi mogłoby ocaleć, myślę sobie któryś raz z rzędu, gdyby ten Izrael istniał już w 1938 roku. Gdyby akurat wtedy Brytyjczycy nie ograniczyli napływu prześladowanych do Palestyny – ówczesnego brytyjskiego terytorium mandatowego. I gdyby nie ulegli naciskom arabskich feudałów, którzy na leżących odłogiem polach sąsiadujących z ich włościami nie chcieli wyemancypowanych syjonistów mogących pokazać „arabskiemu pospólstwu”, na czym polega nowoczesne życie. Wśród ówczesnych imigrantów był także profesor Rotenberg, któremu wtedy niemal w ostatniej chwili udało się uciec – przez Jugosławię do Triestu, a potem statkiem do Tel Avivu, gdzie nota bene nie było jeszcze wtedy nawet portu z prawdziwego zdarzenia. Religijny, a zarazem na wskroś nowoczesny człowiek, którego mieszkanie zdobią chasydzkie dzieła sztuki. Buchdruckerei Rotenberg – Drukarnia Książek Rotenberg, w której jego ojciec, urodzony w Warszawie uczony, drukował niegdyś prace dyplomowe wrocławskich studentów, należy już oczywiście od dawna do przeszłości. Pozostało po niej co najwyżej jakieś zdjęcie w rodzinnym albumie, którego inne strony świecą pustkami: Tylko nieliczni członkowie rodziny Rotenberg przeżyli Shoah, ową zbrodnię na człowieczeństwie dokonaną przez samozwańczo „kulturalny naród niemiecki”.



Przebywam kilka dni w Izraelu między innymi właśnie po to, aby spotkać się z byłymi wrocławianami – niemieckimi i polskimi Żydami, którzy mogą jeszcze zaświadczyć o tym, że ich rodzinne miasto wcale nie zostało zniszczone wiosną 1945 roku, tylko że wszystko zaczęło się już 30 stycznia 1933 roku i potem było po prostu kontynuowane – również w postaci owego letniego widowiska w 1938 roku, podczas którego mały chłopiec Manfred bodajże po raz pierwszy zobaczył, jak rodzi się masowa histeria. Może też zresztą dlatego ten dziś już emerytowany intelektualista, laureat renomowanej Nagrody Izraela za zaangażowanie społeczne, sprawia wrażenie opanowanego i tego popołudnia ani razu nie pozwala sobie na jakąkolwiek jowialność. A w tle wyczuć da się jednak także radość: Pod koniec tego tygodnia profesor Rotenberg znowu będzie we Wrocławiu, odwiedzi Synagogę Pod Białym Bocianem i spotka się z prezydentem miasta, Rafałem Dutkiewiczem.

„W tutejszych gazetach pisali, że to ponoć ja uratowałem Jerozolimę – ja, dzieciak z Breslau.” Mordechai Rotenberg otwiera gazetę, w której widnieje zdjęcie szesnastoletniego bojownika: Nigdy więcej nie być bezbronnym, nie dać się zapędzić ani do gazu, ani do morza. Gdy w 1948 roku na mocy decyzji ONZ powstało państwo Izrael, jeszcze tej samej nocy pięć armii arabskich napadło na ten kraj. Najbardziej zacięte walki toczyły się w Jerozolimie, dokładnie tam, gdzie dziś znajduje się francuski Instytut Kultury. A Manfred, który nosił już wtedy dumne imię Mordechai – ku czci biblijnego bohatera, kuzyna Estery, który odmówił uklęknięcia przed perskim władcą  – rzucił z okna otoczonego walkami domu koktajl Mołotowa, w wyniku czego jordański pojazd wojskowy stanął w płomieniach, a ofensywa na zamieszkałą przez Żydów zachodnią Jerozolimę została powstrzymana.



„No cóż, takie tam wspomnienia. Tutaj, na tym drugim zdjęciu jest mój ówczesny zwierzchnik i ja. Dziś obaj jesteśmy starcami…“ A ta fotografia w ramce na ścianie, przedstawiająca miłego młodzieńca w mundurze? „Mój najmłodszy syn. Zginął podczas akcji w 1988 roku
.”

Informacja wręcz lapidarna, a zarazem ostrzegawczy znak stopu: Pomimo idylli panującej w mieszkaniu naukowca, pomimo słonecznego blasku dyskretnie sączącego się przez korony pinii – to jerozolimskie popołudnie wcale nie upływa na opowiadaniu krzepiących anegdot. Profesor Rotenberg, który wykładał w Berkeley i w Nowym Jorku, a przez całe życie prowadził badania na Uniwersytecie Jerozolimskim, nie jest też bynajmniej liberalnym wzorem świeckości, tylko raczej religijnie nacechowanym intelektualistą, dla którego wszelako rozsądek, postrzeganie świata racjonalną miarą wcale nie stoją w sprzeczności z wiarą. Czy znaczny wkład profesora w rozwój psychologii religii jako dyscypliny naukowej można zatem interpretować jako pokłosie dziecięcych wspomnień o tamtym „Niemieckim Święcie Gimnastyki i Sportu”? Skromna odpowiedź ogranicza się do wzruszenia ramion: Profesor Mordechai Rotenberg, urodzony w Breslau, zamieszkały w Jerozolimie, nie jest zwolennikiem chełpliwości.

Potem, w podróży powrotnej do Tel Avivu pochłania mnie fascynująca lektura The Trance of Terror, pewien rodzaj religijno-badawczego uzupełnienia do Masy i władzy Eliasa Canettiego, która nota bene nie tylko opisuje religijne mantry jako zagrożenie dla samodzielnego myślenia, lecz także ową poprawność polityczną, która w podobny sposób upaja się powtarzaniem wciąż tych samych, pseudo-postępowych formułek. Cóż za mocny protest przeciw błogostanowi samootępiającego myślenia i działania! Tylko interpretacja transowego techno i rave jako rytmów prowadzących do duchowego i intelektualnego autowyobcowania wydaje mi się troszkę niesprawiedliwa. Ostatecznie bowiem ci, którzy co noc oddają się tym rytmom w pobliżu plaży Tel Avivu, nie tracąc przy tym ni krzty zdolności do autorefleksji, to moi najlepsi tutejsi przyjaciele. Przeważnie żołnierze na weekendowych przepustkach. Strzegą również tej plaży – oazy radości życia i tolerancji na krwawym Bliskim Wschodzie i zarazem niegdysiejszego miejsca przyjazdu owych nielicznych członków rodziny Rotenberg, którzy zdołali się jeszcze uchronić przed niemiecka maszynerią zagłady.


Teilen

sobota, 13 sierpnia 2016


Nocne łowy rybaka ludzi: (Niemal) do utraty tchu...

„Powiedz no, kiedy ty wreszcie spotkasz się z naszymi prawicowymi radykałami?” To pytanie nie było wcale żartem. Ostatecznie Wrocław jest przecież ponoć hot spotem ekstremistów, niedawno spalili przed ratuszem zdjęcie prezydenta miasta, Rafała Dutkiewicza. Ale niby po co, przepraszam, mam się z tymi brzuchaczami spotykać? 

„No, bo jesteś pisarzem miejskim!“ ...kafejkowe pogawędki na bajecznie kolorowym Rynku albo wieczorem w zacisznych ogródkach piwnych nad brzegiem Odry. Partnerami w tych rozmach są studenci, ludzie tutejszej bohemy i inne na szczęście wielojęzyczne osoby. Zdają się być nękani obawą, że w tym mieście pokazywana jest mi tylko jasna strona życia, kompatybilna z ideami EU, a wszystko, co od tej normy społecznej odbiega, jest skrzętnie skrywane za parawanem milczenia. Ponadto zaś jeszcze jeden postulat: kiedyś koniecznie powinienem poznać pewną tutejszą socjolożkę reprezentującą empirycznie potwierdzoną tezę, że Europejska Stolica Kultury, niegdysiejszy Breslau, wcale nie jest aż taki otwarty, za jaki się z taką lubością uważa.

Tymczasem – patrząc na to dialektycznie – już sam fakt prowadzenia takich rozmów mógłby stanowić dowód, że jest wręcz przeciwnie. Nie mówiąc już o moich eskapadach do klubów nocnych późnymi wieczorami, kiedy nie ma już dla mnie oficjalnego „programu zwiedzania”, po części również dlatego, że zawczasu uprzejmie, aczkolwiek stanowczo takie prośby/żądania odrzuciłem. Spotykam wtedy na przykład Samiego Harba, mieszkającego w Warszawie młodego nowojorczyka o libańskich korzeniach, który śpiewa i tańczy na scenach polskich klubów i regularnie bywa również we Wrocławiu, najchętniej w owym lokalu u stóp Wzgórza Partyzantów, gdzie kiedyś znajdowały się kazamaty dawnych fortyfikacji miejskich, a za czasów „Festung Breslau” siedziba podziemnego sztabu w najprawdziwszym tego słowa znaczeniu.  

„Uwierz mi, to miasto i jego mieszkańcy są naprawdę w porządku. Wiem, co mówię. Na Manhattanie musiałem u terapeuty spędzać całe godziny. Tutaj tego nie w ogóle nie potrzebuję, really.” (Nawet jeśli prowadzimy tę rozmowę głównie jako dialog, bo jestem jedynym, który odważył się zagadnąć Samiego podczas przerwy na papierosa przy wejściu do klubu. Tymczasem miejscowi – ku naszej wspólnej, może i nie do końca uczciwej, ale absolutnie nieszkodliwej ucieszcie – zachowują trochę anachroniczny dystans i tylko się z podziwem przyglądają).

Albo tamten sprytny mieszkaniec Wrocławia pochodzenia arabskiego, który w podziemiach tutejszego kubańskiego pubu przedstawia się jako mówiący po polsku Latynos i, podczas gdy z głośników płyną hity Enrique Iglesiasa, po francusku udziela mi na ucho porad, jakimi strategiami uwodzicielskimi i tanecznymi można odbijać tutejsze kobiety im niekiedy dość fajtłapowatym, szybko upijającym się facetom – no, przynajmniej tu i ówdzie na kwadransik lub dwa. (Na wypadek, gdyby wykiwani konkurenci próbowali się jakoś fizycznie stawiać, uprzejmy monsieur ma nawet przy sobie trochę gazu pieprzowego, który również świetnie nadaje się do utarcia nosa ewentualnym prawicowcom czającym się na obrzeżach Rynku.).  

Ach, i jeszcze ten młody tłumacz francuskiego, który nocą paradował z nagim torsem i w spodniach od joggingu w spowitym rytmami techno klubie Cactus, a w sobotni letni poranek człapie chwiejnym krokiem wzdłuż fosy i nagle ratuje się szybkim susem, gdy tuż przy chodniku śmiga samochód: Kurwa, il faut pas finir comme Roland Barthes... (Przypomnijmy: paryski poststukturalista zmarł w lutym 1980 roku w wyniku obrażeń odniesionych w wypadku samochodowym: Po kolacji z Francois Mitterandem, przechodząc przez ulicę, wpadł pod koła furgonetki.)




Cóż to za historie? Zwyczajne: Opowiadają o tęsknocie za heterogenicznością, o beztroskich wygłupach, igraszkach, które nie ograniczają się do horyzontów miasta i ojczyzny. Mówią o przemyślnym hedonizmie – a zdziwienie tych wszystkich pechowców, którzy nie znają ani uciech klubu Cactus, ani duchowej euforii, jakiej dostarcza wnikliwa lektura dzieł Rolanda Barthesa, kwitują spokojnym wzruszeniem ramion. 

A tępawi ultraprawicowcy w zupełnie innych dresach, z ogolonymi głowami i piwnymi brzuszyskami? W drodze z mojego stypendialnego lokum na zakupy w „Biedronce” regularnie mijam pewien sympatyzujący z nimi sklep sportowy, którego drzwi zdobi ogromny anty-Merkelowski plakat. Na jego dolnym brzegu: cała masa przekreślonych symboli – od euro przez imigrantów aż po konstelację ciał, która – w niezamierzenie śmieszny sposób – ma chyba przestawiać/ potępiać „akt homoseksualny”. Jakież to żałosne! Lepiej już powinni, myślę sobie, brać przykład z tych pogodnych uczestników happeningu, którzy w czasach przełomu’89 wyszli na wrocławskie ulice ze stylizowanym na Solidarność zmysłowym transparentem: SEKSUALNOŚĆ! (ha ha ha…) 


Konkluzja: Jakąż stratą czasu byłoby spotkanie z ekstremistami. Lepiej już poznawać tych innych: analizujących krytycznie i do tego – czy wręcz przede wszystkim – doświadczonych erotycznie.
.
Teilen

środa, 10 sierpnia 2016

Brexit we Wrocławiu

W bardzo zajmującej książce polskiego pisarza Stefana Chwina Ein deutsches Tagebuch (czyli Niemiecki pamiętnik – niemieckojęzyczna publikacja jest zbiorem wybranych tekstów z dwóch polskojęzycznych książek tego autora: z Kartek z dziennika oraz z Kartek dla dorosłych – przyp. tłum.) natknąć się można m.in. na takie oto znamienne spostrzeżenie: Współcześni autorzy niemieccy, którzy odwiedzają regiony niegdyś niemieckie, a od 1945 roku polskie, opowiadają wprawdzie ciekawe historie i krytycznie traktują przeszłość – niemniej jednak zawsze czynią to wyłącznie z własnej perspektywy.

Ów słuszny zarzut pod adresem narodowego egocentryzmu da się wszelako trochę złagodzić jednym argumentem: Czy byłoby lepiej, gdyby niemiecka literatura współczesna kreowała się aż tak inwazyjnie, by przyjmować zarazem polską lub żydowską perspektywę? Zapiski we wspomnianym dzienniku pochodzą nota bene z przełomu tysiącleci. Od tamtej pory wiele się wydarzyło: Niemcy, którzy nie władają polskim, znacznie częściej mogą teraz usłyszeć o polskich losach bezpośrednio od Polaków, rozmawiając z nimi po angielsku. Dzieje się tak dzięki rosnącej popularności tego języka, przy czym niejeden Polak nauczył się go bezpośrednio w Londynie, Leeds, w Manchesterze czy Liverpoolu.

Tendencja ta przynosi korzyści również mnie. We Wrocławiu nie czuję się „zagubiony” i przy okazji nieraz słyszę, jak negatywnie skutki przede wszystkim dla młodych Polaków może pociągnąć za sobą zapowiadany Brexit. Nie ma to nic wspólnego z tak często omawianymi „stosunkami polsko-niemieckimi”. Nie chodzi też o jakieś mrzonki czy społeczne utopie. Chociaż może i tak: Bo przecież to właśnie ci, którzy chcieli wyrwać się ze wsi, z podwrocławskich zaścianków skorzystali ze swobód mobilności, by poszerzyć swoje horyzonty, zarobić pieniądze i wrócić do ojczyzny z zupełnie innym spojrzeniem na świat. I teraz mogą mi o tym opowiadać. Jak chociażby młoda fryzjerka, która nauczyła się swojego fachu w Londynie, gdzie współdzieliła mieszkanie z przedstawicielami różnych kultur i borykała się ze związanymi z tym konfliktami dającymi się na szczęście poskramiać w cywilizowany sposób. Wróciwszy do Wrocławia z pewnym zapasem oszczędności, znów myśli o wyjeździe w daleki świat: Co jednak, jeżeli Polacy jako doświadczeni pracownicy staną się nagle niepożądani na brytyjskim rynku pracy? Co, jeśli po Brexitowym referendum pojawią się niespodziewane przeszkody? Chyba trzeba będzie jechać do Kanady lub Australii, bo Nowa Zelandia wydaje się jej końcem świata, a życie w Stanach zbyt zagonione.


Oto historie osób, którym – jako społecznie nieuprzywilejowanym – przynosiła korzyści Unia Europejska niestawiająca w swoich regulacjach na „anonimowość”, lecz dająca słabszym szansę powołania się na międzynarodowe porozumienia i uwolnienia się od kaprysów krajowej biurokracji. Ci młodzi Polacy nie są bowiem ani absolwentami szkół wyższych, którym dane było skorzystać z dobrodziejstw unijnych grantów, ani też rozpuszczonymi artystami, których do mobilności przekonuje dopiero odpowiednio wysokie stypendium. Nie są też na pewno wnukami wschodnioeuropejskiej późnokomunistycznej nomenklatury, którzy teraz w Brukseli studiują prawo międzynarodowe, by jeszcze o parę lat przedłużyć częściowe bezprawie w swoich krajach.

Co zatem stanie się z tymi wrocławskimi śmiałkami?


„I to akurat teraz“ reasumuje, delektując się moim zdziwieniem, zapamiętały anglofil P., który mówi z akcentem à la Downtow Abbey i za nic w świecie nie chce mi przeliterować swojego najeżonego spółgłoskami polskiego imienia. „Call me Dexter!” Bo ostatecznie tak właśnie brzmiała jego ksywa, gdy przed paroma laty mieszkał w brytyjskiej stolicy, współdzieląc mieszkanie z rówieśnikami – młodymi Hindusami, którzy nawiasem mówiąc wcale ponoć nie kiwali głowami na boki, ani też nie rozsiewali wokół aromatu curry.

„Zaoszczędziłem parę złotych i mam nadzieję, że wystarczą mi do chwili, gdy uda mi się znaleźć jakąś nową pracę w Londynie. I to jeszcze przed wprowadzeniem nowych reguł, które utrudnią mi życie. Anyway, keep finger´s crossed.“ Bądź co bądź, na oczarowanie nawet najbardziej euroseceptycznych Brytyjczyków P. ma swój akcent, który przyswoił sobie kiedyś w Londynie, a teraz we Wrocławiu wciąż szlifuje, oglądając na smartfonie ulubione filmy z Judi Dench i Maggie Smith.

Oto prawdziwa elita, myślę ze wzruszeniem, potomkowie Balzakowskiego Rastignaka, nieustraszeni młodzi ludzie, którzy pragną mierzyć się z wielkimi miastami, być kowalami własnego losu. Jak to dobrze, że wszyscy możemy rozmawiać ze sobą po angielsku, by wymieniać się doświadczeniami i nie ograniczać się ani do perspektyw narodowych, ani językowych. Brexit Brexitem, ale: Never give up!
Teilen

sobota, 6 sierpnia 2016

Wizjoner europejskiego pojednania – prawie nieznany w Niemczech: Kardynał Bolesław Kominek

Cóż za kontrast! Podczas gdy w Niemczech historyczne uklęknięcie Willy’ego Brandta w Warszawie od dawna jest trwałym obrazem w pamięci narodowej, nazwisko Bolesława Kominka wydaje się wciąż nieznane. Nie zdołała tego zmienić nawet wystawa w berlińskiej Izbie Deputowanych – no bo i któżby tam zaglądał?

We Wrocławiu jednak ta sama wystawa, którą można oglądać jeszcze do 26 września, przyciąga do pokaźnego XV-wiecznego gmachu, zwanego Arsenałem mnóstwo zwiedzających.



Magnesem nie jest bynajmniej ekspozycja zabytkowej broni, tylko dzieje urodzonego w 1903 roku Bolesława Kominka, którego postać od 2005 roku upamiętnia także monumentalny pomnik na Piasku, największej z wrocławskich wysp na Odrze. Polski kardynał był bowiem autorem owego słynnego orędzia polskich biskupów do ich niemieckich braci, zawierającego zdanie, które potem przybrało historyczny wymiar: „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. Reżim komunistyczny natychmiast podniósł alarm: W imieniu Polaków przebaczać niemieckim zbrodniarzom nazistowskim – i do tego jeszcze prosić o przebaczenie za wypędzenie Niemców? Co będzie, jeśli to przesłanie faktycznie zostanie usłyszane i doprowadzi do zmiany powszechnej świadomości w Republice Federalnej Niemiec? Co, jeśli te zmienione Niemcy Zachodnie nie będą już mogły służyć jako rewanżystyczny postrach?

W tym jednak, co komuniści od razu uznali za niebezpieczne, niemieccy biskupi nie dostrzegli szansy. Odpowiedzieli swoim polskim braciom w wierze w tak chłodny, niezobowiązujący sposób, że komuniści mogli triumfować: Widzicie, z takimi Niemcami nie da się zawrzeć pokoju, nasze miejsce jest nadal u boku Związku Radzieckiego… Czas na cezurę przyszedł dopiero pięć lat później, podczas warszawskiej wizyty Willy’ego Brandta. Owym licznym, dumnym z tamtego uklęknięcia Niemcom, którzy jeszcze dzisiaj gratulują sobie przełomowości tego gestu na drodze do pojednania, należy się przypomnienie melancholijnego komentarza ówczesnego polskiego prymasa, kardynała Wyszyńskiego: „Otrzymaliśmy od Niemców wszystko, czego pragnęliśmy, ale nie od tych Niemców, od których chcieliśmy to otrzymać.“

Zareagował bowiem niemiecki agnostyk-socjaldemokrata i paru niemieckich protestantów, ale nie gros niemieckich katolików. Tymczasem na przestrzeni kolejnych dekad słowa odważnego, w 1965 roku tak haniebnie osamotnionego kardynała Kominka wielokrotnie przywoływała polska opozycja, podtrzymując marzenie o zjednoczonej, gotowej do pojednania i nierewanżystycznej Europie. I to również o tym przypomina wystawa, która prezentuje szeroką perspektywę czasową od napaści Hitlera i Stalina na Polskę w 1939 roku po wejście Polski do Unii Europejskiej w 2004 roku, kiedy to humanitarna wizja zmarłego w 1974 roku Bolesława Kominka stała się rzeczywistością. Na jednej z plansz w Arsenale widnieje taki oto komentarz po polsku, angielsku i niemiecku: „Przemiana świadomości w obydwu krajach uczyniła Polskę i Niemcy sojusznikami NATO i partnerami w Unii Europejskiej. Proces ten dokonuje się nie bez przeszkód po dziś dzień, a w obydwu krajach działają siły, które chcą te trudności wykorzystywać do realizacji własnych celów politycznych. Nic już jednak nie przypomina o wzajemnym braku zainteresowania i nienawiści sprzed 50 lat.“

Przed akurat tymi słowami zatrzymują się nie tylko studenci historii, lecz także wiele młodych rodzin zwiedzających wystawę w ramach niedzielnej wycieczki. Przystają tam i po cichu rozmawiają. To niezapomniane, wzruszające chwile, w których rozmowa o Europie nagle się konkretyzuje, przybierając klarowne oblicza. Oblicza wielkiej powagi i zarazem cudownej łagodności



Owym współczesnym Niemcom, którzy dziś ostentacyjnie chlubią się uklęknięciem Willy’ego Brandta w 1970 roku, zupełnie jakby to oni sami byli wówczas w Warszawie, przypomnieć należy nie tylko o kardynale Kominku, lecz także o fakcie, że w zaledwie kilka tygodni po kanclerskiej wizycie, w grudniu 1970 roku komunistyczny reżim PRL znów sięgnął po ostrą amunicję – użytą przeciw protestującym robotnikom w Gdańsku, którym za odwagę przyszło zapłacić krwawą cenę.

Dlatego nasuwa się pytanie: Jak to właściwie jest z tym „naszym“ federalno-niemieckim pojmowaniem historii, trochę zbyt często schlebiającym samemu sobie? Na ile stereotypowe są wyświechtane formułki o wstydzie, pojednaniu, itp., skoro o tych wszystkich ważnych historycznie faktach dowiadujemy się poniekąd tylko przypadkowo, jako dobrowolni więźniowie niemalże śmiesznej, skupionej na sobie narracji dotyczącej rozprawiania się z przeszłością?




Teilen

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Poetycka żyłka Piotra-karateki. Nietuzinkowe spotkanie

Nie, nie było go w kwietniu na „inauguracji” mojej rezydencji pisarza miejskiego, gdy po zakończeniu oficjalnej części uroczystości nagle obległ mnie tłum, który wprawdzie nie zadawał mi pytań, ale za to zasypał mnie wizytówkami. Nic dziwnego: Po pierwsze Piotr Stronciwilk nie należy do takiego rodzaju ludzi, po drugie w ogóle nie posiada wizytówek. (Podobnie zresztą jak ja. Oczywiście abstrahując od tych wszystkich wręczonych mi wtedy, wkrótce potem spożytkowanych na listy zakupów w Biedronce, pospiesznie spisywane na ich rewersach.) Przypadek chciał, że parę miesięcy później wpadł mi w ręce jeden ze starszych numerów czasopisma tutejszych studentów germanistyki „Elixier”, w nim zaś wiersze Maksa Herrmanna-Neißego w niemieckim oryginale i w polskim przekładzie.


„Kiedyś byłem niemieckim poetą … Max Herrmann-Neiße, literacka gwiazda Republiki Weimarskiej, przyszedł na świat w 1886 w śląskiej Neiße (dzisiejszej Nysie). W 1933 roku zmuszony był wyemigrować. Zmarł w 1941 roku w Londynie, w ubóstwie i osamotnieniu. Chociaż życie go specjalnie nie rozpieszczało, to przecież właśnie on był współzałożycielem emigracyjnego PEN-u, noszącego dzisiaj nazwę „PEN-Clubu Niemieckojęzycznych Pisarzy za Granicą”. Jako członek owego zacnego stowarzyszenia wiem, ile zawdzięczamy dziś temu dzielnemu człowiekowi. I chociaż nie znam polskiego, to jednak przeglądając czasopismo, z coraz większym wzruszeniem dostrzegałem, jak młodzi studenci germanistyki przełożyli na swój język meliczne wersety Herrmanna-Neißego. Wspaniali tłumacze, a do tego wszyscy urodzeni zaledwie pod koniec lat osiemdziesiątych. Dlatego wielki komplement pod adresem Natalii Domagały, Justyny Helm, Moniki Klich, Katarzyny Kurki i Julianny Redlich!

Einsam treiben wir von Land zu Lande,/ überall der ungebetene Gast./ Einsam bleiben wir, der Heimat Schande/ beugt den Rücken uns mit schwerer Last … Z wyspy na wyspę dryfujemy,/ Goście niemili, nieproszeni,/ A hańby kraju ciężar niemy/ Zgina nam karki aż do ziemi.

Był tam jednak jeszcze szósty student germanistyki, a mianowicie urodzony w 1988 roku w Głubczycach Piotr Stronciwilk, w którego notce biograficznej przeczytałem: „Ważną częścią jego życia jest sport, głównie karate. Jest członkiem klubu karate Uniwersytetu Wrocławskiego.“

Karateka tłumaczem niziutkiego, wiecznego outsidera Maksa Herrmanna-Neißego? Sportowiec, który przełożył na polski „Nieskończoność poety” i „Burzę” – i to tak, że nawet ja odniosłem wrażenie, że rozpoznaję w polskim brzmieniu wierszy delikatnie-bolesną nutę melicznego oryginału?

Dobrze, że istnieje Facebook! Dobrze, że tenże Piotr od razu znalazł czas i że się ze mną umówił – i to na szczęście nie w wysublimowanej literackiej kafejce, tylko w prawdziwiej ulicznej knajpie pod nasypem w pobliżu Arkad Wrocławskich. Oto pojawił się tam bowiem najwyraźniej bezpretensjonalny, muskularny mężczyzna z tatuażem na ramieniu i w t-shircie z second-handu, zachowując się tak, jakby nie zauważał pełnych podziwu spojrzeń siedzących tam kobiet, które rzecz jasna nie mogły oprzeć się porównywaniu go z brzuchatymi istotami tronującymi u ich boku.




„Dlaczego się śmiejesz?“ pyta uprzejmy germanista, który tłumaczył już Volkera Brauna, Goethego i Klausa Theweleita, a pod koniec sierpnia poślubi swą narzeczoną, również fascynatkę karate. Robię lekki unik, ale na siatkówce oka wciąż mam ślad takiego oto wyobrażenia: Piotr-karateka otoczony wianuszkiem berlińskich germanistek – kobiet o podwójnych nazwiskach i surowych wyrazach twarzy, uzbrojonych w srebrną biżuterię, albo nieco młodszych, ubranych w bezkształtne lniane ciuchy i zajętych „badaniami genderowymi”. Czy też pożerałyby go tak wygłodniałym wzrokiem i porównywały ze swoimi partnerami – amorficznymi, chuderlawymi pracownikami instytutu, fanami latte macchiato z mleczkiem sojowym, pochłoniętymi desperacką pogonią za jakimiś „grantami i stypendiami”?

Ostatecznie jednak nie potrafię już opanować śmiechu i mówię mu o tej wizji. Tymczasem Piotr-karateka, posiadacz brązowego pasa, kwituje to krótkim „jo”, zapala kolejnego papierosa i powraca do o wiele istotniejszej kwestii dotyczącej tego, jak adekwatnie przetłumaczyć na polski wiersz Goethego zawarty w „Dywanie Zachodu i Wschodu” – opiewana tam bowiem wymiana oddechów pomiędzy Bogiem a człowiekiem już przy najdrobniejszym językowym odstępstwie nabiera zupełnie innej wymowy filozoficznej. Jo, man!

Piotr, który mówi o swojej narzeczonej: „Ona ma tak samo jak ja – system wczesnego ostrzegania, gdy ludzie wciskają jej kit. Wtedy kontruje.”

Muskularny sportowiec (i palacz!) o subtelnym wyczuciu zarówno dla chwytów karate, jak i dla metrum wiersza, ale nieforsujący ani jednego, ani drugiego. (Po chwilach spędzonych w towarzystwie tak niewymuszenie fajnych a zarazem empatycznie-wrażliwych ludzi konieczność powrotu do świata wąskoustych pozerów działa później jak zimny prysznic.) Cóż za wspaniały wieczór, nawet jeśli po tym całym piwie i papierosach głos mój sięga Leonardowsko-Cohenowskich głębin.

À propos Leonard Cohen! To nie tylko genialny muzyk, lecz także wielki poeta, ponury wizjoner. I …” I tak oto toczy się ta nasza rozmowa o liryce i różnych innych sprawach, aż dochodzi północ. Na zakończenie wszelako towarzyszy jej trochę pogodniejsza wizja: Gdzieś na chmurce numer Siedem siedzi sobie garbaty gnom Max Herrmann-Neiße, który tu na naszym padole pisał te niemal niebiańskie wersety i miał nieszczęście zaznać tułaczego życia. Wyobrażam sobie, jak spogląda z góry na te tory kolejowe, na wrocławski trotuar i jak przysłuchuje się naszej rozmowie. Pozostaje nadzieja, że Piotr-karateka i pisarz miejski go nie rozczarowali, bo o ile ktoś jeszcze posiadał językowy system wczesnego ostrzegania przed wciskaniem kitu, to właśnie ów nieśmiertelny poeta z Neiße, dzisiejszej Nysy.  
Teilen